Ratunku! Nie mam motywacji!

runner wall

Kiedy w lutym składałam wypowiedzenie, oczyma wyobraźni widziałam już mój ostatni dzień w pracy: jak odejdę w świetle reflektorów, zwycięsko, a na drugi dzień rzucę się w wir pracy nad swoją jasną przyszłością. I jak to z wyobrażeniami bywa, nijak się to miało do rzeczywistości. Na rozum to wiedziałam. Wiedziałam, że będę potrzebowała odpocząć, przyzwyczaić się do nowego rytmu dnia, złapać oddech.

Pierwszy miesiąc radosnego bezrobocia upłynął mi więc na paraliżującym konflikcie wewnętrznym. Rozsądna część mnie mówiła „ten miesiąc jest na odpoczynek, żadnej pracy, żadnej presji”, ale inna, ambitna część mnie przekrzykiwała „ale rzuciliśmy pracę, jak to tak, wielkie marzenie, musimy pracować, czemu stoimy w miejscu?!?”. Czułam się rozrywana, a to co miało być wypoczynkiem stało się bardzo szybko polem walki.

Ostatecznie odzyskałam spokój, ale o tym za chwilę. Patrząc wstecz widzę, że ten ostatni miesiąc nie spełnił żadnego z tych dwóch wyobrażeń w pełni, a jednak zaspokoił tak naprawdę obie stojące za nimi potrzeby. Już tłumaczę. Nie leżałam plackiem, ani nie spałam po 12 godzin dziennie. Równocześnie też nie pracowałam bezpośrednio nad budowaniem biznesu. Stawiałam za to bardzo potrzebne fundamenty.

Widzisz, kiedy zaczynałam tę wielką zmianę, jedyny sposób pracy nad celem, jaki znałam z doświadczenia to sposób na pospolite ruszenie. Nagły przypływ motywacji, zarwana noc, a potem kilka dni, tygodni bezruchu i znów powiew motywacji i tak cyklicznie. Problem z tą strategią jest taki, że jest nieprzewidywalna, nigdy nie wiadomo kiedy motywacja przyjdzie i na jak długo zostanie. Na zmianę więc albo się przemęczam, albo nudzę, a postępy przychodzą falami.

Tym razem więc to co najbardziej było mi potrzebne w pierwszym miesiącu, to postawienie fundamentów pod nową strategię: pewniejszą, bardziej przewidywalną i mniej obciążającą psychicznie. A ta strategia to wytworzenie systemu nawyków. Czyli że co?

Zaczęłam od najprostszych. Skoro nie muszę rano wychodzić do biura, to co w zamian? Potrzebowałam nowej struktury dnia, czegoś, co kiedy się obudzę będzie dla mnie oczywistą serią zdarzeń. Wróciłam więc do biegania. Szklanka wody po przebudzeniu i już jestem poza domem. Po treningu zaś wszystko toczy się naturalnie, prysznic, śniadanie, dziennik, plan dnia. Ten rytuał nadaje rytm i tempo na resztę dnia.

Teraz z perspektywy czasu nazywam to stawianiem fundamentów. Kiedy zaczynałam, pełna sprzecznych aspiracji i emocjonalnego chaosu, nie było to dla mnie takie jasne. Kiedy zaczynałam wiedziałam tylko jedno, że to jedyny rodzaj akcji, na jaki jestem w stanie się w tym momencie zdobyć, a który nie urazi ani roztropnej, ani ambitnej części mnie. Zrobiłam tak naprawdę to co planowałam już od dawna, zaufałam mojej intuicji i dzięki temu zrobiłam dokładnie to czego najbardziej potrzebowałam w tym trudnym i niepewnym czasie.

Teraz łatwo mi popatrzeć wstecz i zobaczyć wzorce. Oczywistym dla mnie jest, że strategia tworzenia codziennych nawyków omija problem braku motywacji. Pamiętam jednak, że emocjonalnie nie było to ani proste, ani oczywiste. Kiedy brakowało mi motywacji myślałam ciągle, że coś jest nie tak, że przecież w końcu realizuję swoje wielkie marzenie, w końcu mam idealne warunki, czemu brak mi pary. Przepełniała mnie frustracja, że nie prę do przodu.

Dziś jednak przepełnia mnie spokój, bo wiem, że uniezależniłam się od motywacji. Przyjdzie? Wspaniale, wykorzystam każdą kroplę. Nie przyjdzie? Nie szkodzi, wyrobiłam sobie nawyki, które i tak zerwą mnie z łóżka i takie, które mimo braku weny wrzucą mnie w dobre tory, tak, że zrobię to co potrzeba. I paradoksalnie dopiero kiedy przestałam wyczekiwać, kiedy przestałam panikować i na siłę szukać motywacji, a zaczęłam pracować nad systematycznym robieniem dziennego minimum, motywacja zaczęła częściej mnie odwiedzać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *